Wstęp
Takie historie nie dzieją się codziennie… Na pewno nie z
takim zakończeniem… Kto by się spodziewał, że porwanie zmieni tak drastycznie
moje życie. Na lepsze! Wiem, że to brzmi niedorzecznie.. ale taka jest prawda.
Opowiem Wam to wszystko od samego początku..
Rozdział 1
Był
zimny jesienny wieczór. Razem z moimi najlepszymi przyjaciółkami Justyną i
Beatą szłam do najdroższej restauracji w mieście. W końcu były moje szesnaste
urodziny. Nie urządzałam żadnej imprezy, ponieważ chciałam ten dzień spędzić z
najbliższymi mi osobami. Weszłyśmy do środka „Złotego Smaku”. Usiadłyśmy przy
wcześniej zarezerwowanym stoliku. Po chwili przyszedł kelner, by przyjąć nasze
zamówienia. Czekając na jedzenie, spojrzałam na Justynę-niebieskooką blondynkę
o śniadej cerze. Pochodziła z bogatej rodziny, dlatego zawsze nosiła firmowe
ciuchy. Poza tym była bardzo wysoka i szczupła. Beacie też niczego nie
brakowało. Miała długie, brązowe, kręcone włosy. Nieskazitelną cerę i duże
zielone oczy. Co weekend chodziła na basen, dlatego miała piękną figurę. Prawie
każdy chłopak w szkole uganiał się za nimi. Czasem czułam się przy nich jak
szara myszka. Nie ubierałam się tak jak Justyna, nie byłam taka zgrabna jak
Beata. Po prostu byłam zwyczajna. Tak wtedy myślałam.
-
Dziewczyny, czy ja jestem brzydka? – zapytałam.
Przyjaciółki wymieniły się
spojrzeniami.
-
Pewnie, że nie. Popadłaś w jakieś kompleksy, czy co?
– zaśmiała się Beata
-
Nie, tylko czasami wydaje mi się, że nikt mnie nie
zauważa…
-
Co ty wygadujesz ?! Jeśli chodzi ci o to, że chłopcy
nie szaleją za tobą tak bardzo jak za innymi dziewczynami, to nie masz się czym
przejmować. Jesteś piękna, tylko nie potrafisz tego pokazać. Powinnaś zmienić
swój styl. – oznajmiła Justyna.
-
Uważam, że Justa ma rację. Powinnyśmy udać się jutro
razem na zakupy. Co wy na to? – zapytała Beata.
Przytaknęłam.
Kelner
przyniósł nasze dania. Kosztowały bardzo drogo, ale nie musiałam się tym
przejmować, ponieważ moje przyjaciółki
zapłaciły za wszystko. Poza tym podarowały mi srebrny wisiorek w kształcie
litery M. Ten wieczór spędziłam naprawdę miło. O godzinie dwudziestej drugiej
wyszłyśmy z restauracji. Justyna i Beata udały się do domu, ale ja chciałam się
jeszcze przejść i pomyśleć o wielu rzeczach. Nie śpieszyłam się do domu,
ponieważ moja mama wyjechała służbowo do Krakowa. Musiała to zrobić, gdyż nie
powodziło nam się ostatnio zbyt dobrze. Musieliśmy spłacić kredyt za samochód i
mój nowy komputer. Była z tym wszystkim sama. Tata zostawił ją, kiedy urodziła
się moja siostra Róża. Miałam wtedy siedem lat.
Róża była u koleżanki mojej
mamy. Często tam nocowała ,kiedy mama wyjeżdżała. Teraz mogłam w spokoju
spacerować i rozmyślać o wszystkich moich zmartwieniach. Czasami chciałabym
uciec od tego świata. Jestem typem samotnika. Nie lubię nikomu mówić o swoich problemach, wolę
„chować” je w sobie. Spacerowałam
samotnie około pół godziny. Zbliżała się dwudziesta trzecia, dlatego
postanowiłam, że wrócę już do domu. Skręciłam w wąską uliczkę. Nagle usłyszałam
kroki, jakby ktoś za mną szedł. Odwróciłam się. Nikogo nie było. Szłam dalej,
jednak nieco szybciej. Nigdy nie bałam się spacerować sama. Akurat te ulice
Warszawy są bezpieczne. Jednak poczułam lęk. Znowu słyszałam jakieś kroki. Tym
razem nie odwróciłam się. Szłam coraz szybciej, niemal biegłam. Słyszałam, że
ktoś również przyspieszył i goni mnie. Byłam już zmęczona, dlatego zwolniłam.
Nie miałam już sił. Nie wiem dlaczego, ale zatrzymałam się. Stałam chwilę na
chodniku. Obejrzałam się dookoła. Było bardzo ciemno. Nikogo nie zauważyłam. „-
Marcelina, ty wariatko, coś sobie ubzdurałaś.” – pomyślałam. Wolnym krokiem
szłam w kierunku domu. Byłam już blisko. Nagle zza drzew rosnących wzdłuż ulicy
wyskoczyła jakaś postać. Złapała mnie i nie chciała puścić. Nie widziałam
twarzy tego człowieka , ponieważ miał na głowie kominiarkę. Zaczęłam się
szarpać, ale to nic nie pomogło. Ten ktoś był zbyt silny. Przyłożył coś do mojej twarzy. Zemdlałam…
Strach, lęk, niepewność-to
czułam, kiedy obudziłam się w jakiejś starej, obskurnej szopie. Nie wiedziałam,
co się ze mną dzieje. Gdzie ja jestem? Co się ze mną stało? Czy coś mi zrobili?
Bałam się. Było mi zimno. Byłam głodna. Chciałam uciec, ale… zostałam
zamknięta. Zaczęłam krzyczeć i płakać Ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłam się
i zobaczyłam go. Wysokiego niebieskookiego bruneta, który mógł mieć około
osiemnastu lat. Patrzył na mnie dziwnie, tak jakby się o mnie martwił. Po
chwili powiedział:
-
Przepraszam. Musiałem to zrobić. Jutro tu przyjdę.
Szybko
otworzył drzwi i wyszedł. A ja? Pobiegłam za nim. Zdążył jednak przekręcić
klucz w zamku czy kłódkę. Nie wiem. Upadłam na ziemię. Zauważyłam, że w rogu
leży materac, a przy nim koc. Położyłam się na nim i zasnęłam cała
zapłakana.
